Spektakl

#Norwidwdomu – poezja Grzegorza Nowickiego

 

Ideą tego etapu projektu są codzienne spotkania online w Państwa domach z poezją … poezją bliską, tworzoną przez naszych regionalnych poetów, literatów, artystów… Na początek wiersze jeleniogórzanina Grzegorza Nowickiego – bądźcie z nami, będzie pięknie!

 

Z poezją jest jak z muzyką, albo malarstwem, albo grą aktorską, albo z przeżywaniem miłości. Z poezją rzeczy się mają jak z każdą sztuką prawdziwą. Aby zachwyciła musi trafiać wprost do wrażliwych uszu, oczu, serc spragnionych piękna i prawdy. I w duszy rodzić się musi. Rodząc się przejść powinna przez pokłady warsztatu, myśli, emocji, uczuć najgłębszych i prawdziwych. I jeśli zaczerpnie z każdej z tych krain wewnętrznych, chociaż po kropli nektaru, odbiorca sztuki, widz, słuchacz, poczuje, że nie jest oszukiwany, że dostaje dzieło które wibruje i porusza jego serce.
I takimi wibracjami dzielić się z Państwem, będzie zaszczytem. Jeżeli stanie się to oczekiwane, to sztuka spełnia swoją rolę. Dlatego trwa przez wieki i jest wypatrywana jak wędrowne ptaki po długiej zimie. I tylko taki jest sens mojego pisania. Tylko na takich strunach pragnę grać. Na strunach wrażliwych serc.
Grzegorz Nowicki

#Norwidwdomu – poezja

Koordynacja i nadzór projektu:
Dorota Fruba

Współpraca:
Małgorzata Popek

Zdjęcia i realizacja wierszy:
aktorzy Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze

Projekt koszulek:
Tomasz Proć – Rzeczycki

oraz podziękowania za zaangażowanie dla SzparAGA i Beatki

14 kwietnia 2020  Wstęp i słowo od autora – Grzegorza Nowickiego oraz
Tadeusz Wnuk – „Nie na człowiecza miarę” i „Apetyt”

Nie na człowieczą jest miarę
świat bez poezji,
ale na miarę smutku.
Bez niej śmierć
jest tylko umieraniem.
Głód brakiem pokarmu.
Małość jest cechą karłów.
Bez poezji,
życie jest splotem przypadków,
które mają swój początek
w bębnie maszyny rozdającej losy.
Źródłem poezji jest zachwyt
dostępny zmysłom.
Ona jest wszędzie i wszystkim.
Tylko patrz.
Tylko słuchaj,
tylko czuj.
Życie jest nią
nie słowa
splecione
w wiersz.

 

Apetyt

Się nażyć na zapas,
Nawdychać, wydychać,
Nawąchać, nacieszyć,
I grzeszyć na zapas,
Na zapas się śpieszyć,
I najeść się, napić,
Naszaleć, nalatać,
tak wszystko by dzisiaj.
Wszystkiego nałapać,
Napastwić nad światem,
Nabluzgać, nakrzyczeć,
I napsuć, naprawiać,
Nadyszeć.
I wiem, że się nie da,
Na zapas wszystkiego.
Więc może by dzisiaj
Dzień zrobić wolnego.
I chociaż na zapas
odpocząć nie mogę,
To plecak spakuję
I w drogę. I w drogę…

 

15 kwietnia 20202 Jacek Paruszyński – „Jesteśmy” oraz wiersz bez tytułu

Jesteśmy

Jesteśmy z tego i nie z tego czasu.
Umysł nasz opowieści chłonie,
od przodków którzy wyszli z lasu,
kiedy nadziei zgasł już płomień.

I ze spalonej my Warszawy,
z piwnicznych schronów pełnych trupów,
z wołyńskich mogił zapomnianych
z kolczastych obozowych drutów.

Z historii dawnych poskładani,
z czynów swych własnych i urojeń
z marzeń spełnionych, zapomnianych,
z miłości i z małości swojej.

Ze złego i z dobrego losu,
z choinki co świeczkami płonie,
z pszenicznych łanów, polnych kwiatów,
czekamy na swój własny koniec.

I zostawimy ślad po sobie
w pamięci kruchej naszych wnuków,
w witrażu życia szkiełkiem małym,
bezkształtem mglistym w świecie duchów.

 

***
Ostatni wiersz bym chciał zostawić,
Gdyby dziś koniec mego życia.
By opowiedzieć co kochałem.
Bo tylko o tym warto pisać.

Za oknem deszcz co szyby moczył
i wiatr co żółte liście zrywał
i je rozwieszał na parkanach
i w końskich się zaplatał grzywach.

I własny dom z drewnianym gankiem,
z ulami, sadem, pokrzywami.
Strumień szemrzący niepogodą,
i szelest liści pod bukami.

Spotkania z ludźmi, którzy serca
na dłoniach nieśli jak podarek.
Nocne rozmowy z przyjaciółmi
które kończyły się nad ranem.

Drzewa kwiatami pobielone
i dla nich tłem zachody słońca
i pszczół muzyka w letniej ciszy
Wymieniać mógłbym tak bez końca.

I te rozmowy szeptem, krótkie
gdy dłonie nam miłością drgały
Tak bym się żegnał wspominając
mojego życia czas wspaniały

 

 

17 kwietnia 2020 Piotr Konieczyński –  wiersz bez tytułu i „Wiersz na dzień 1.03.”

Chciałbym wiersze móc pisać,
które nie służą sprawie.
Które niczego nie chwalą,
a piękne, jak pióra są pawie.

Jak kropla wody co spada,
na ziemię spragnioną wilgoci,
jak powiew wiatru chłodnego,
gdy słońce południa się złoci.

Chciałbym wiersz taki napisać,
który by duszę ukoił,
jak dotyk matczynej dłoni,
gdy dziecko ciemności się boi.

Wiersz, który byłby modlitwą
dla serc które żyją miłością,
dla dusz co poezją się żywią,
by ptaki śpiewały go wiosną.

 

„Wiersz na dzień 1.03.”

Słowa kształtują świadomość.
Za słowem jak ćmy do ognia,
słowa na wojny nas wiodą,
i płoną jak nocą pochodnia.

A gdyby tylko muzyka,
gdyby zapomnieć słów znaczeń,
gdybym mógł ciszy dotykać,
to żyłbym całkiem inaczej.

Nie poznałbym filozofii,
nikt by nie wskazał mi wroga,
idei żadnych bym nie znał,
może nie poznałbym Boga.

Umarłbym sobie zwyczajnie,
nikt nie wygłosiłby mowy,
zabrałbym z sobą szum rzeki
i zapach kwiatów majowych.

 

18 kwietnia 2020  Iwona Lach – „Mój skrawek nieba” Grzegorza Nowickiego

Mój przenajświętszy krajobrazie.
Z chatą co strzechą złotą kryta,
z kościółkiem, z lipą i cmentarzem
i polem pełnym kłosów żyta.
Z pszenicznym łanem, dębem starym,
który pilnuje lasu skraju
i z kałużami w krętej drodze,
które obłoków biel skrywają.
I jeszcze klasztor, dzwonów bicie,
w tym krajobrazie mi się marzy
i pochylony nad brewiarzem
w habicie mnich o czerstwej twarzy.
Wszystko to razem w sercu niosę,
jak obraz Polski której nie ma,
Tam tylko ciszę odnajduję,
tam w zgiełku dnia, mój skrawek nieba.

 

19 kwietnia 2020  Elwira Hamerska-Skórecka – „Wierszyk”

Wierszyk

Wyrywa się niecierpliwie
wiosna jak dni z kalendarza,
już śpiewnie w gałęziach, ćwierkliwie,
choć zima się jeszcze odgraża.

Za chwilę się łąki zakwiecą,
do domu powrócą bociany,
i w niebo jak ptaki polecą
marzenia z serc zakochanych.

Ich dusze w warkocze splecione
i dłonie co dłoni szukają,
a oczy ich w Wenus wpatrzone,
gdy świtu objęci czekają.

Nadchodzi już pora nadziei
zielone świat wzuje kalosze,
niech szczęściem nas hojnie obdzieli,
niech wiosna nastanie już, proszę.

 

20 kwietnia 2020 Andrzej Kępiński – „Żył sobie człowiek” i „Przyszła śmierć”

Żył sobie człowiek, który nie był chciwy.
Zawsze za dużo od losu dostawał,
sobie brał tyle by szczęście nie zgasło,
a szczęściem jego, że co miał to dawał.

A jego ręce zawsze były puste,
choć póki żyw był, to zajęte pracą,
i współczuł ludziom, którzy odchodzili
dobytek życia w chwili śmierci tracąc.

Jego imienia nie znał nikt na pewno,
władzy nie zdobył, armią nie dowodził.
Czy snem był tylko, kiedy gwiazdy bledną?
Czy też prawdziwie po tym świecie chodził?

 

***
I przyszła śmierć, śmiertelnie blada,
z kosą zjawiła się nad ranem
i kark mój maca, czy się nada?
czy jeszcze życie mi pisane.

Witam Cię piękna kosynierko,
Odpocznij sobie w naszych progach,
jakże mi dziś Cię witać lekko,
do lepszych światów mnie zaprowadź.

Tutaj nie moje rzeczy wszystkie,
nic tu nie warte jest wspomnienia,
tylko te serca, które bliskie,
i miłość, która świat przemienia.

Tnij, gdym na łaskę Twą zasłużył,
ostro i czysto jak kat mieczem,
dosyć mi sztormów, gradu, burzy,
niech Karma moją duszę niesie.

Dość mi obłędu i podłości,
dosyć chciwości ponad miarę,
zła które w szatach pobożności,
zbójów przebranych za ofiarę.

Przybycie Twoje łaską tylko,
co kończy mękę mojej duszy,
za dobrem – smutek krótką chwilką,
za pięknem łza. Gotowym ruszyć.

 

21 kwietnia 2020 Małgorzata Osiej Gadzina – „Dom który był”

Milkną o świcie duchów głosy,
w szarościach znika nocy ciemność,
przez szpary okien jak przez oczy
słoneczna staje się codzienność.
Dach jeszcze nad nim, jeszcze ściany
W nich zapisane dawne życie,
Deszczem po szybach ciemne chmury,
miłosne piszą obietnice.
A bluszcz co trzyma dom w objęciach
niejedno widział, wie niemało,
najczulsze szepcze mu zaklęcia.
A może to mi się zdawało?
Lat wiele dom ten stary przeżył,
i domem jest, to się nie zmienia.
Całej rodzinie nietoperzy
od lat udziela tu schronienia.
Czasami puchacz w pustym oknie
przysiądzie pióra swoje czyścić,
Przez drzwi wyrwane
wiatr naznosił
jesiennych kolorowych liści.
W oknach firanki koronkowe
z pajęczych nici, nocą tkane,
czasami marzę by z ptakami
w tym domu zbudzić się
nad ranem.
Wracam tam nieraz i rozmyślam
patrząc jak pięknie się starzeje:
Czy dla zmęczonych starych domów
niebo gdzieś może też istnieje?

 

22 kwietnia 2020 Anna Ludwicka – Mania – „Drzewo”

Kiedy patrzę na drzewo
to wiem,
że dobro istnieje.
Dźwiga na sobie cień
i ptakom daje schronienie.
I żywi stworzonka boże,
co w korze jego się kryją
i szumi liśćmi symfonie,
gdy wiatry jesienne wyją.
I z ziemi jest drzewo
i z mgły.
I z deszczu jest ono
i z burzy
A kiedy drzewo umiera
bo żyć już nie może dłużej
to dzieciom swym niebo otwiera
i ziemi oddaje swe ciało.
I wszystkie, mówię Wam, drzewa
do raju się swego dostają.

 

24 kwietnia 2020 Katarzyna Trzeszczkowska – „Szeroką rzeką płyną słowa”, „A jeśli Bóg Ci powie przyjdź”

****

Szeroką rzeką płyną słowa,
w językach znanych i nieznanych.
Można wzdłuż brzegów jej wędrować,
lub w nurt jej rzucić się wezbrany.

I je nawlekać jak paciorki
na długą nitkę opowieści,
lub wiersze chować po kieszeniach
tak wiele, ile ich się zmieści.

Ja w rzece słów przy brzegu brodzę,
a ona szumi, szepce, kusi:
by się zanurzyć w słów głębinę,
bym się w szaleństwa nurty rzucił.

By poddać się porywom znaczeń,
by oddać siebie wód ciemności
i zniknąć niczym liść na drzewie
i stać się wierszem, wbrew nicości.

 

***

A jeśli Bóg Ci powie – przyjdź,
samotnie każe nam żeglować.
To nie chcę tu bez Ciebie żyć,
niech, jednak razem nas zawoła.

Każdy Twój uśmiech, dotyk, gest,
kwiaty w ogrodzie i marzenia,
obraz na ścianie, fotel twój.
każda rzecz tutaj, to wspomnienia.

Więc żyjmy, jakby właśnie dziś,
urodzin twoich dzień świąteczny.
W prezencie przyjmij kilka róż,
i słowa zaplecione w wierszyk.

I Słońce – patrz, zagląda tu,
przez te firanki haftowane.
kawa rozwiewa resztki snu,
dla nas Bóg zesłał ten poranek.

Niech świętem będzie wspólny czas,
bo życia mniej każdego dnia,
już wkrótce tu zapomną nas,
ostatnia też obeschnie łza.

Nie zostawimy śladów w śniegu,
na białej kartce żadnych myśli.
W krainę snów pójdziemy razem.
Zapomni świat, że tu byliśmy.

 

25 kwietnia 2020 Robert Mania – „Zranieni”

Zranieni, brzydcy, schorowani.
Bez szans na miłość jak z żurnala,
ze smutkiem cicho przemykamy,
by promień słońca nas nie znalazł.

Zapracowani ponad miarę,
z głową w papierach, formularzach
zapomnieliśmy dziwnie łatwo,
że żyć dwa razy się nie zdarza.

W teczkach niesiemy szare życia,
w segregatorach nasze losy.
Miłość w szufladzie śpi uschnięta,
a z nią uniesień dawnych głosy.

Ach, tak oderwać się na dłużej
od smutków które gnębią duszę.
wczorajsze życie na strych złożę
i w podróż bez bagażu ruszę.

Zabiorę tylko piękne chwile,
w pamięci obraz dobrych dni,
zabiorę Ciebie, jeśli zechcesz,
jeśli uwierzysz w moje sny.

 

 

26 kwietnia Jacek Grondowy przy akompaniamencie Lecha Nawrockiego – „Patrzę na świat swoimi oczyma” oraz „Gdybym tylko potrafił na miłość”

***
Patrzę na świat swoimi oczyma.
Swoim własnym rozumem rozumiem.
Czy coś się kończy, czy zaczyna,
Tak, po swojemu pojąć umiem.
Nie mów mi proszę o miłości
Nie mów o piekle i o niebie.
Przez swoje życie pragnę kroczyć
Z Tobą przy sobie. Nie bez Ciebie.
Świat mój niewielkie ma granice
Zaprzeszłej wiosny kwiat w ogrodzie,
I agrest wydał owoc słodki,
I słońce budzi się na wschodzie.
I ziarno ptakom do karmnika,
Wymiana okien, remont dachu.
Wiosny skracają nam czas życia,
I coraz bliżej nam „do piachu”.
Więc żyjmy proszę naszym życiem,
Bez tych dramatów z „Wiadomości”.
Spokojnym krokiem powędrujmy
Do naszej cichej samotności.

***
Gdybym tylko potrafił na miłość,
na miłość odszepnąć miłością,
to wokół zdrowie i spokój
i szczęście pachniałoby wiosną.

I światło muzyką by drżało
i cienie nie byłyby czarne
i łzy by się w uśmiech zmieniały
i ptaki śpiewałyby arie.

A gdybym tylko potrafił
na oścież bramy otworzyć
ze słońcem nadzieję tu wpuścić
to z martwych potrafiłbym ożyć.

Powiedz mi gdzie mam się udać,
ciągle miłości mi mało.
Powiedz mi proszę jak kochać
By cudem życie się stało.

 

27 kwietnia 2020 Bogusław Siwko – „Na Galganbergu, czyli na szubienicznej górze” i „Kiedy jak Leonardo”

„Na Galgenbergu, czyli na szubienicznej górze”

Na Galgenbergu wieczorem
spotkałem się z upiorem.
Co mnie na górę poniosło?
Romantyzm, psia mać wczesną wiosną.

Zajaśniał trupią czaszką,
ze sznurem przegniłym na szyi
i głosem nieco zachrypłym
zapytał: i co się dziwisz?

Stoję i patrzę, ni słowa
Bo o czym gadać z wisielcem,
do tego trochę w kawałkach,
gdyż dawno odpadły mu ręce.

Wyglądał, nie powiem – upiornie
jak na upiora przystało.
„Zerwałem się tylko na chwilę
bo palić mi się zachciało.

Daj pan zaciągnąć się dymkiem,
albo poratuj cygarem,
ja w zamian kogoś nastraszę
niech sobie jeno zapalę.

Mogę też zawał sprowadzić
na kogoś kto mniej jest odporny
sam pan, przyznać mi musisz,
że wygląd mam nieco upiory. ”

Z oferty tej jakże kuszącej
skorzystać nie mogłem ad hoc
bo przecież dawno nie palę
będzie, że szósty już rok.

Lecz mówię: poczekaj pan chwilkę
ja w mig tu z fajkami się zjawię.
Czy straszy pan tylko lokalnie?
Czy może także w Warszawie?

Bo miałbym dla pana zlecenie,
niestety, to nie jest zbyt blisko.
Aha, pan tylko na miejscu.
No trudno, a niech tam, to wszystko.

Na Galgenbergu wieczorem
gadałem sobie z upiorem
o szkodliwości palenia
i wpływie cygar na zdrowie.

***
Kiedy jak Leonardo śledzisz ruch ptasiego skrzydła,
gdy w zachwyt wprawia cię wzburzone morze,
gdy ci codzienna szychta nie obrzydła,
nie jest najgorzej.
To jeszcze młodość,
jeszcze mamy plany
przed nami wiosny, jesienie i zimy,
jeszcze żyjemy i jeszcze kochamy,
jeszcze swe szczęście latami mierzymy.
I kto wymyślił naszych dni skończoność?
Kurtynę, która po sztuce opada?
Żyć trzeba, jakby po dniu umęczonym,
w sen zasłużony spokojny zapadać.
Walczyć i w walce siły swoje oddać,
Kochać i miłość całą swą zostawić,
i za przyjaciół wino wypić do dna,
i życia nasze, aż do końca sławić.

 

28 kwietnia 2020 Filip Toroński – „Za chwilę ja”, „Kiedy przyjdzie ten dzień”

„Za chwilę ja”

Z jakim zdumieniem
poznawałem świat.
Odrzucone, niechciane
odkrywałem piękno.
Podziwiałem rakiety
lecące do gwiazd
ale w duszy mej
przeszłość odciskała
swe piętno.
Stare domy,
w nich pracą
nasiąknięte
powietrze.
W stajni słoma
zgnieciona
końskim,
ciężkim kopytem.
Szyby w oknach
zmarszczone,
wykrzywione przez czas,
to był świat niecodzienny
odwiedzany z zachwytem.
Umierały przedmioty,
niepotrzebne,
choć piękne.
Ludzie starzy schyleni,
swego losu przegrani.

Ich sylwetki
ciężarem, aż do ziemi przygięte.
Ich marzenia
umarłe,
Lwów i Wilno
zabrane.
Wojna ciągle w nich żyła
i jej echa przeklęte.
I tysięcznym cierpieniem
wyrzeźbione ich twarze,
i słów kilka, że ciężko,
dni ubrane milczeniem
i kwiatami z ogrodów
przystrojone ołtarze.
Ja za chwilę ich śladem.
W proch, co żyje się zmienia.
Smutku trochę zostawię
kroplę piękna,

brzydoty,
i ktoś inny nakarmi
zimą ptaki w ogrodzie,
i nasycą się bzami
czyjeś inne już oczy.

„Kiedy przyjdzie ten dzień”

Kiedy nadejdzie ten dzień
ostatni,
albo noc,
albo wieczór,
albo przyjdzie o świcie,
jak nieproszony gość,
To wtedy,
ten dzień
będę miał już za sobą.
Nie będzie drugiej szansy
przeżyć go na nowo.
To chcę Ci mówić,
Kocham
Aby nie zapomnieć.
Słowa szeptać.
A każde z nich
na pożegnanie
A każdy kwiat,
Na pamięć.
Ostatnim, każde zdanie.
A potem,
patrz uważnie;
Nasze zdjęcie
wytarte z kurzu,
Myśl podkreślona,
Wiersz znaleziony
w szufladzie.
I powiedz
Jak wtedy.
Mów do mnie.
Usłyszę
Na pewno.
Wszystkie
Dla Ciebie,
Zakwitnę magnolie.

29 kwietnia Magdalena Kępińska – „O obrotach sfer” i „Otul mnie swoim płaszczem”

O obrotach sfer

U mnie kwitną kasztany na barwnej litografii,
kurz pokrył białe ściany i skrzypią stare drzwi.
I czarno białe twarze zerkają z fotografii
i zegar co pamięta minione dawno dni.

Zastukał ptak do okna, już liście pierwsze z drzew,
szum wiatru słychać wokół, już zamilkł lata śpiew.
I wiatr oczyszcza błękit z pierzastych białych wat,
i szybciej świat się kreci, spójrz jak ubyło dnia.

Znów czas, ten czas przeklęty, zabiera życie nam,
pod sarkofagiem śniegu pochowa kolor traw,
zamilkną filharmonie, świerszcze odłożą smyk,
i w ciszy świat utonie, w zimowy mroźny świt.

A potem przyjdzie wiosna, krokusów będzie czas
i znów zakwitnie lato, choć już nie będzie nas,
Raz lepiej, a raz gorzej, raz ciepło albo mróz.
I tylko w sercu smutek, że trzeba iść, że już.

 

***
Otul mnie swoim płaszczem proszę,
co z wiary naszej jest utkany.
Pod nim się skryję jak pod kloszem,
jak w mgłach wieczornych sad schowany.
Tu nie dościgną mnie złe słowa –
chorych umysłów chrome dzieci.
Od nienawiści tu się schowam,
spokój błękitny mnie oświeci.
Ucichną fale moich myśli,
Słońca ogrzeje mnie twarz złota
i sen tak lekki mi się wyśni,
jakby z motylich skrzydeł opadł.
Okryj mnie swoim płaszczem proszę.
W jego chabrowych zniknę cieniach.
w ciszy bezczasu zamknę oczy.
Ptakom śpiewakom – do widzenia.

 

 

1 maja 2020 Robert Mania – „Musiałbym nie żyć” oraz  Anna Ludwicka – Mania – „Bóg samotny”

***
Musiałbym nie żyć, nie pamiętać,
by dobrym nazwać się człowiekiem.
Bo żadna myśl nie była święta,
każdy się dzień odciskał grzechem.

Szlachetność tylko w zamierzeniach,
słowa tchórzliwie przemilczane,
co mogło w światłość się przemieniać
przed samym sobą ukrywane.

Życie nieważne i niewarte
choć tyle było możliwości
i tylko po mnie buty zdarte
i proch, gdy w ogniu spłoną kości.

I wiersz fałszywą drżący nutą
pamięci żal nań i papieru
żywot woskowej nie wart świecy,
bez wiary, sensu i bez celu.

****

„Bóg samotny”

-Błogosławiony ten czas.
-Ale który? Powiedz mój miły.
-Czas od narodzin aż do mogiły.
Czas męki, bólu, żalu, miłości.
Ten czas radosny
i czas przykrości.
Każdy czas z Tobą
I czas bez Ciebie.
Dopóki słońce świeci na niebie,
Dopóki księżyc, dopóki gwiazdy.
Dopóki oczy moje otwarte.
Żyj!
Kochaj, śpiewaj,
Módl się i pracuj,
Lecz nigdy
nie przeklinaj czasu.
Bo Czas to Bóg.
To jest pan srogi,
Który gdyś dzieckiem
Stawiał na nogi.
I zwala z nóg,
gdy czas dobiega.
On jest rzeźbiarzem,
Malarzem nieba.
On tylko daje –
Siebie każdemu.
Czas?
Oto minął.
– Gdzie on mój luby?
– Zmarszczką na twarzy,
godziną próby,
krzyżem na grobie,
Słabością ramion
i włosem siwym
on panem zmarłych
i panem żywych.
I kiedy zgasną
ostatnie słońca
To sam zostanie do
Czasu końca.

 

2 maja 2020 Marta Kędziora – „Nie pytaj”

Nie pytaj

Nie wiem.
Kocham nie wiedzieć.
Pomiędzy przeciwnościami.
Pomiędzy powinnościami.
Tylko wtedy – cisza.

Nie wiem.

I właśnie wtedy,
nie dokonuję żadnego wyboru.
To ten czas,
kiedy
już nic więcej
nie mogę.
I czekam
Nie wiem na co.

Spokój,
żadnego drgnienia
jak prosta kreska.
Stan niespotykanej pewności
Pewności, że nie wiem.
I wtedy

dokładnie wszystko
jest tam
gdzie jest.

 

3 maja Małgorzata Osiej Gadzina – „Wszystko jedno”, „Łez mi nie przynoś” i „Cytryna”

***
Zostaw wszystko i chodźmy na spacer.
Cóż, że noc, że późno, że ciemno.
Jutro może nie będzie nas wcale,
Niech nam będzie już dziś wszystko jedno.

Idźmy razem, do parku, za ręce.
Niech nam puchacz zahuka straszliwie,
Niech nam księżyc oświeca ścieżynę,
Niech nam ciemność odetchnąć da chwilę.

Cisza dzisiaj niech będzie muzyką,
W srebrnym świetle zatańczmy jak zjawy.
Niech nam liście szeleszczą na wietrze,
Zapomnijmy o losie kulawym.

Zapomnijmy o sprawach na jutro,
O niegodnych pamięci zdarzeniach.
Idźmy razem jak dwoje umarłych.
I tak wkrótce wejdziemy do cienia.

 

„Diagnoza”

Łez mi nie przynoś w podarunku.
Złe wieści zostaw moim wrogom.
Z ust Twoich w sercu się nie zmieści,
smutek co inni przynieść mogą.
Od Ciebie nie chcę słów goryczy.
Tylko mnie przytul, podaj dłoń.
Uśmiech ofiaruj zamiast życzeń
i już beze mnie szczęście goń.
Bo na każdego czas nadchodzi.
Dzisiaj, czy jutro, kto to wie?
Wiecznie też nie jesteśmy młodzi.
Do każdych drzwi zapuka śmierć.
Więc dłoń mi podaj, a nie łzy.
Zostańmy razem jeszcze chwilę.
Przed nami jeszcze trochę dni.
Przed nami jeszcze wspomnień tyle.

 

„Cytryna”

Wyciskaj szczęście z każdej chwili
jak się wyciska sok z cytryny
bo w każdej chwili szczęście znajdziesz
gdy się nad chwilą tą pochylisz.

A chwila to jest cząstka czasu,
jak przysłowiowe okamgnienie,
albo też chwila – życiem całym,
tak porozciąga się szalenie.

By żyć szczęśliwie plan jest taki,
że doświadczenie trzeba zdobyć,
by robić tylko to, co lubisz.
i kochać to, co musisz zrobić.

 

4 maja 2020 Jacek Paruszyński – „W księdze” i „Antykwariusz”

***
Kronikarz Czas

W księdze kolejny rok spisany,
każdy w niej krok i każda łza.
Radość spotkania, rozstań rany,
w niej nocy mrok i jasność dnia.

Kronikarz Czas, co wszystko widział,
kolejną kończy pisać księgę
na kartach z białej letniej chmury,
z nocy bezgwiezdnej atramentem.

Ile już ksiąg na półkach stoi,
Ile w tych księgach żyć zamkniętych,
ile tam szczęścia i żałoby,
ile miłości słów zaklętych.

Dziś o północy znów nabierze,
do swego pióra atramentu,
nowe historie zacznie pisać,
byle szczęśliwe, nie ze smętków.

 

„Antykwariusz”
Pewien antykwariusz,
Zdradzę, że z Lizbony,
Poszedł do lekarza,
Mocno przeziębiony.
I był prawdę mówiąc,
Bardzo przestraszony,
Gdyż nie chciał umierać
Z powodu korony.
Lekarz tylko spojrzął
I pokiwał głową,
I taką pokrzepił
Antykwarza mową.
Wam antykwariusze i muzealnicy,
nie straszny jest wirus co koronę nosi,
Do was się już dawno
retro wirus wprosił.
A jeden aż nadto,
Na jednego człeka,
Kup syrop i flaszkę,
Pod kołdrę uciekaj.

17 maja 2020 Andrzej Kępiński  – „Kocham kościołów” – „Wszystko przepiękne”

***
Kocham kościołów starych zapach,
gdzie drewno pachnie i kadzidło,
spokój klasztorów zapomnianych
i ciszę, gdy modlitwy milkną.

Strumienia szelest pośród piasków
z wiatrem rozmowy w cieniu lasu,
i wyobraźni azyl cichy
gdy w wartkiej grzęznę rzece czasu.

I lubię trzymać cię za rękę,
gdy wędrujemy bez plecaków
drogami które zapomniane,
polami chabrów, pszenic, maków.

W milczenia złotej iść krainie,
gdy zakończona w polu praca.
Przejść w takiej ciszy na brzeg drugi
z którego nikt tu nie powraca.

 

***

 

18 maja 2020 Jacek Paruszyński – „A kiedy ja umieram” i „To nie koniec”

***
A kiedy ja umieram,
to tylko ciało ginie.
Miłości mej nie zabieram,
w tym co kochałem, przeżyję.

W geranium na parapecie,
w sikorach karmionych zimą,
w starych jabłoniach w ogrodzie,
i w oczach twoich – dziewczyno.

Na ścieżkach, które przeszliśmy,
duszę swoją zostawię.
gdzie śpiew wrześniowych żurawi,
gdzie cichy dwór na Orawie.

Gdzie jarzębiną lasy
strojne wczesną jesienią,
gdzie strumień srebrem dzwoniący
gdzie bory złotem się mienią.

Tam pod Tatrami, gdzie Polska,
gdzie spichrze stoją nad Wisłą,
tam moja dusza zostanie,
choć zginie tu po mnie wszystko.

 

„To nie koniec”
Przeciw łzom, nie wystarcza śmiech.
Kiedy kończą się światy nam bliskie,
jak odległy wydaje się brzeg,
który plażą, nie bólu urwiskiem.

Dotąd jeszcze nadzieja prowadzi,
kiedy żywi przysięgi składają,
że to przecież nie może być koniec,
przyjaciele się tak nie rozstają.

Z nami zostań, nie tylko w pamięci.
Oddech weź i powracaj do świata
Niech cię druga strona nie nęci,
Jeszcze piękne przed tobą są lata.

Jeszcze serce rozkwitnie miłością,
jeszcze skarb odnajdziemy zgubiony,
Warto. Warto pozostać wśród żywych,
chociaż ból jest nam też przeznaczony.

Znowu w śniegu zobaczysz gór szczyty,
potem wiosna śpiew ptaków przyniesie,
lato ogród przystroi kwiatami
Ty zaczekaj wraz z nami na jesień.

 

19 maja 2020 Filip Toroński –  „Mógłbym pisać wiersze” i „Wiersz o poranku”

Mógłbym pisać wiersze
od powietrza lżejsze.
Szemrzące słów gładkich
strumieniem.
Albo uniesień miłosnych być piewcą,
co serca przyprawią o drżenie.
Słowami rozpalać chłopięce policzki,
dziewczętom malować rumieniec.
Lub może wierszami nadziewać armaty
i siekać rymami po kostkach,
i w polityczne się wdawać debaty
i na salony się dostać.
A ja chcę Jego odnaleźć,
choćby i w brudzie wojny
i w smutku i świata brzydocie.
On jest. O to jestem spokojny.
O Nim co źródłem jest życia
O Nim co matką i ojcem,
a imię Jego jest Miłość.
Początkiem wszystkiego i końcem

 

„Wiersz o poranku”

Gdybym potrafił marzyć
to chciałbym być mgłą.

Okrywałbym drzewa zmarznięte,
pieścił dzikie jabłonie.
Rozpływałbym się z rozkoszą
jak w skórę wtarty tonik
w słońca promieniach gorących.

I nie zdobywałbym szczytów.
Kładłbym się do snu w dolinach
i brzegów rzek bym dotykał.
Szczyty zostawiłbym bogom.
A gdybyś wyszła przed świtem
do zamglonego ogrodu,
do stóp twoich kładłbym się rosą
i wtedy – najbliżej był z Tobą.

 

20 maja 2020 Piotr Konieczyński  – „Pamięć” , „Ach gdybym królem był” i „Na dobranoc”

„Pamięć”

Gdybym na fotografii
nie widział
radosnych twarzy
żołnierzy,
w istnienie świata od wczoraj
byłbym w stanie uwierzyć.
Gdybym nie widział w sepii
kwitnących w sadzie jabłoni
To myślałbym, że świat powstał
wczoraj ledwie.
A po nim,
już tylko noc.
I gdybym nie miał pamięci,
Każdego ranka
zaczynał wszystko
od nowa
Jak jętka
jednodniowa,
To
Wojny trwałyby
dzień,
albo i pół tylko dnia.
A zabawa?
by trwała
do rana.
W dziwnych
by trwała
snach.
A jutro?
By było nieznane.
A wczoraj?
Zapomniane.
I nie wiem
Kim byłbym ja.
Gdyby nie pamięć
ubrana
w sukienkę
z nocy i dnia.

 

***
Ach, gdybym królem był na zamku
z okna bym patrzył o poranku
na ogród, park i dalej w pole.
A gdyby przyszła taka wola,
żeby śniadanie zjeść przy stole,
zaklaskałbym w swe białe dłonie,
służba dyskretnie na paluszkach,
wniosłaby jajka na bekonie.
Do tego czarnej kawy dzbanek
i z makiem krągły obwarzanek.
Potem bym się przeciągnął troszkę,
bo gimnastyka to jest zdrowe
i kazałbym się nieść w lektyce
żeby podziwiać okolice.
Tak do obiadu bym wędrował,
zażywał ruchu i powietrza,
czasem bym wyrzekł mądre słowa,
niczego więcej by mi nie trza.
Ach gdybym królem był na zamku
to bym pierścienie miał na palcach,
a wieczorami przy orkiestrze
tańczyłbym z fraucymerem walca.
A na noc kładłbym się w pościeli,
wykrochmalonej i puchowej,
w pidżamce w kancik prasowanej,
szlafmycę wciągałbym na głowę.
Niestety gdybać sobie mogę,
i nawet wierszyk o tym pisać,
gdyby się każdy władcą rodził,
kto by podatki płacił dzisiaj?
I kto wielmoży by w lektyce,
dźwigał do ziemi pochylony,
i o czym miałbym sobie marzyć
gdybym szlachetnie urodzonym?
Na całe szczęście są wybory,
ruszają z posad stary świat,
kogoś lżejszego nieść w lektyce
z radością można kilka lat.

 

„Na dobranoc”

Wieczór, złotym promieniem pisze wierszyk na chmurach.
Słońce pracę swą kończy i zmrużyło już oczy,
a chmur cienie wodniste spać się kładą na górach
i pan Księżyc z muślinu już na niebo się wtoczył.

Ptaki dniem umęczone wyśpiewują swe troski,
i w puchowych pieleszach przytulają swe żony,
komar przysiadł na dębie, arię swoją wybzyczał,
jeż zagrzebał się w liście, wcale nie najeżony.

Słońce zaszło za górę antypody podgrzewać.
Niebo szczelnie zakryła z chmur uszyta kołderka
Ciemno tak, że nic więcej, już zobaczyć się nie da
Nietoperze przed domem, piszcząc, bawią się w berka.

Puchacz właśnie oznajmił wszystkim leśnym istotom
by spać poszedł, kto rano wraz ze słońcem się budzi.
Usnął niedźwiedź i zając, śpi już jeleń i łania,
i już pora do spania przyszła także na ludzi.

 

i na zakończenie

Skip to content